dr. inż. Jan Matuszewski, prof. WAT

Z dr. inż. Janem Matuszewskim, prof. WAT, kierownikiem Zakładu Systemów Radioelektronicznych WAT, rozmawia Dominika Naruszko.

Zacznijmy od ostatnich sukcesów. Otrzymał Pan tytuł „Srebrnego Inżyniera”! Ogromne gratulacje! Miano to przyznaje „Przegląd Techniczny” najwybitniejszym inżynierom w Polsce. Czy może Pan krótko opowiedzieć czytelnikom „Głosu Akademickiego” o swojej nominacji?

Generalnie byłem bardzo zaskoczony. Nagle w ubiegłym roku dostałem zaproszenie do plebiscytu „Złoty Inżynier”. Po zastanowieniu stwierdziłem: „Spróbuję”. W sierpniowym numerze „Przeglądu Technicznego” ukazała się informacja, że jestem nominowany do tytułu „Złotego Inżyniera”, a teraz zostałem „Srebrnym Inżynierem”. Ogromny zaszczyt!

Czyta Pan „Przegląd Techniczny”?

Czytam, a nawet napisałem parę artykułów, które ukazały się na łamach czasopism Stowarzyszenia Elektryków Polskich SEP, tj. w „Przeglądzie Elektrotechnicznym” i „Elektronika – konstrukcje, technologie, zastosowania”.

Gratuluję sukcesu i życzę kolejnych. Ale tytuł „Srebrnego Inżyniera” to jeszcze nie wszystko – koniecznie musimy wspomnieć także o innym „dokonaniu”. Przecież w 2022 roku obchodzi Pan piękny jubileusz – 50 lat pracy w Wojskowej Akademii Technicznej! Wcześniej jeszcze 5 lat studiów…

…i jeszcze wcześniej rok w służbie zasadniczej. Wtedy obowiązywał inny system – po zdaniu egzaminów wstępnych na WAT i po przyjęciu odbywaliśmy 11 miesięcy służby zasadniczej. Zatem do tych 50 lat można doliczyć jeszcze 6.

Imponujący staż! Skąd wybór Akademii i wydziału?

Generalnie od dziecka fascynowałem się wojskiem, czytałem dużo książek o naszych lotnikach. Żwirko, Wigura, Dywizjon 303… Uwielbiałem takie opowieści. Byłem wychowywany w duchu wojskowym. Złożyłem dokumenty do Wojskowej Akademii Technicznej i po przejściu procedur zostałem przyjęty na Wydział Elektroradiotechniczny. Z powodu zainteresowań lotnictwem wybrałem specjalność lotnicze urządzenia radiotechniczne. Po pierwszym semestrze zostałem zakwalifikowany do grupy cybernetyki wojskowej. Po pierwszym roku powstał Wydział Cybernetyki. Zatem edukację w Akademii rozpocząłem na Wydziale Elektroradiotechnicznym, a zakończyłem na Wydziale Cybernetyki. I tak rozpoczęła się moja historia w Akademii.

Historia, która trwa do dzisiaj!

Tak, po obronie dyplomu otrzymałem propozycję pozostania na uczelni na Wydziale Elektroniki. Na początku byłem zatrudniony na etacie programisty. Już wtedy w Akademii prowadzono prace badawcze, zaczęły się rozwijać doktoraty. Pomagałem w badaniach, pisałem programy i krok po kroku wchodziłem w problematykę radiolokacji. Z czasem starsi koledzy odchodzili na zasłużone emerytury, a ja przejmowałem ich przedmioty. Na początku prowadziłem zajęcia związane z matematyką, czyli metody optymalizacji, zabezpieczenie materiałowo-techniczne wojsk radiotechnicznych, a potem powoli wchodziłem w przedmioty dotyczące rozpoznania i walki radioelektronicznej. Teraz to jest bardzo modne.

Generalnie wszystkie obszary, którymi Pan się zajmował, nadal są „modne”. Choćby programista – to zawód ciągle zajmujący wysokie miejsca w rankingach popularności. A jak wygląda obszar walk radioelektronicznych?

W Instytucie bardzo dużo osiągnęliśmy w tym obszarze, a ostatnie stacje, które wyprodukowaliśmy, nadal działają. Startowaliśmy praktycznie „od zera”. Kilkadziesiąt lat temu zaczynaliśmy od zwykłego odbiornika ze słuchawkami – skanowaliśmy częstotliwość i spośród szumów i trzasków wyodrębnialiśmy pracujący radar. Ze wskazań odbiornika i tabel odczytywaliśmy odpowiednie wartości parametrów czasowych i częstotliwościowych tego radaru. Z czasem zaczęliśmy opracowywać własne urządzenia. Pierwszym takim odbiornikiem był Automatyczny System Rozpoznania „ASYR”, w przypadku którego zapis był już cyfrowy, początkowo na 8-ścieżkowej papierowej taśmie perforowanej, a potem przy użyciu zwykłego magnetofonu produkcji ZR Kasprzaka na 30-minutowej kasecie magnetofonowej. Dzięki temu można było analizować dane i przeprowadzać badania z możliwością rozpoznawania sygnałów. Ta technologia się rozwijała. Potem powstała pierwsza mobilna stacja rozpoznania – Breń, a w końcu stacja rozpoznania sygnałów radarowych Gunica. Za te prace byliśmy wielokrotnie wyróżniani nagrodami. I właśnie te urządzenia i możliwości pomiaru sygnałów radarowych oraz ich analiza stanowiły materiał do mojej pracy doktorskiej.

Jak się analizuje sygnał radarowy?

To prosty zapis cyfrowy. Trzeba określić wartość częstotliwości nośnej, częstotliwość powtarzania impulsów, czas trwania impulsu, okres obrotu anteny, czyli takie parametry czasowe i częstotliwościowe. Na podstawie tych zapisów oblicza się wartości średnie, odchylenia standardowe i na tej podstawie powstaje wektor pomiarowy. Ten wektor trzeba porównać z bazą danych radarów. Bazę danych tworzy się na podstawie pomiarów i jeśli raz jakiś sygnał z radarów został przechwycony i rozpoznany, to potem tworzymy dla niego w bazie danych zapis i gdy przechwycimy kolejny raz ten sam sygnał, porównujemy – jeśli się zgadza, mieści w ustalonych przedziałach, to oznacza to samo źródło. Nie da się zbudować technologicznie i konstrukcyjnie dwóch takich samych radarów, które będą miały takie same wartości parametrów. Jeżeli zrobimy bardzo dokładne pomiary, to w wielu przypadkach

można zidentyfikować radar co do egzemplarza. To kwestia dokładnych i systematycznych pomiarów, bo wiadomo, że wszystko się zmienia w czasie – starzeją się elementy, zmieniają warunki atmosferyczne, różne wykonywane zadania itp.

Rozwój tej dziedziny odbywał się równolegle do rozwoju technologii. Jak to teraz wygląda?

W tej chwili przechodzi się na miniaturyzację. Szybkie procesory, duże pamięci pozwalają na to, aby większe zastępować mniejszym. Przykładem mogą być samoloty i ich miniaturyzacja do bezzałogowych statków powietrznych, na których znajdują się różne sensory do monitoringu środowiska elektromagnetycznego w bardzo szerokim zakresie częstotliwości.

Czyli nadal te technologie mogą być użyteczne i powinny być rozwijane?

Jak najbardziej – w tej chwili widać to na przykładzie konfliktu w Ukrainie. Tam dokładnie się śledzi ruchy wojsk, wykorzystuje się zdjęcia satelitarne, a także nagrywa sygnały radiowe, rozmowy. Każde nagranie ma jakieś specyficzne cechy.

Nasze instytucje zajmowały się głównie rozpoznawaniem sygnałów radarowych. Drugim ważnym obszarem związanym z walką jest zakłócanie. Obecnie kolejny kierunek to budowa stacji zakłóceń, w której można wykorzystać nowoczesne narzędzia, sztuczną inteligencję, sieci neuronowe zamiast klasycznych metod rozpoznawania.

A gdyby Pan miał powiedzieć, jak miałaby wyglądać technologia na miarę XXI wieku po tych wszystkich zmianach, o których Pan mówił, to co to takiego mogłoby być?

W tej chwili trzeba „pójść w państwo chińskie”, co oznacza pełny monitoring – rozpoznanie obrazowe, radiowe, optyczne, termalne, olbrzymie bazy danych, systemy, szybkie komputery na bieżąco analizujące wszystkie informacje, które można by było wykorzystać – czyli integracja wszystkich źródeł rozpoznania w jednym miejscu, ich późniejsza analiza i szybkie przetwarzanie. Wiele informacji się powtarza, ale są szczegóły, które mogą być znaczące. Generalnie najważniejsza jest szybka wymiana informacji, a do tego potrzeba zaawansowanej technologii, komputerów, sztucznej inteligencji. Oczywiście na końcowym etapie to człowiek będzie podejmował decyzje.

W tej chwili rozwija się roje dronów, które na bieżąco przekazują informacje, co się dzieje – za granicą, za budynkiem, na określonym obszarze terenu. Rejestrują one z powietrza, ale i pod wodą – są to małe urządzenia w kształcie np. ryb. W tym kierunku idzie świat. Zamiast dużych, stacjonarnych – mobilne. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku stanowisk dowodzenia. Mogą się one zorganizować przy jakimś markecie, wykonać zadanie i za kilka godzin już ich nie ma w tym miejscu.

Gdy Pan zaczynał studia i później, na początku swojej drogi naukowej, wyobrażał Pan sobie, że dojdziemy do takiego etapu?

Nie, takiego etapu sobie nie wyobrażałem. Gdy zaczynaliśmy, używaliśmy jeszcze suwaka logarytmicznego. Pierwsze kalkulatory to było dla nas ogromne zaskoczenie – że można policzyć, podzielić, jeszcze z resztą i to do tylu miejsc po przecinku! Oczywiście na Wydziale Cybernetyki mieliśmy już kom

putery, pisaliśmy programy, liczyliśmy, natomiast dla nas takie szybkie działanie było zdumiewające. A gdy w latach 80. można już było sprowadzać komputery osobiste, nastąpił olbrzymi rozwój.

Wcześniej każdy program trzeba było napisać, potem panie na hali maszyn w sztabie przepisywały wszystkie instrukcje programowe i każdą liczbę na specjalne 80-znakowe papierowe karty perforowane, oddawało się na noc taki program do obliczeń, rano się przychodziło, był wydruk – albo poprawnie policzony, albo błędny, trzeba było poprawiać, wymienić karty i raz jeszcze przejść cały ten proces. Teraz każdy ma na biurku komputer, program może błyskawicznie policzyć – to jest olbrzymi przeskok.

Myślę, że dzisiaj wiele młodych osób nie zdaje sobie sprawy, że jeszcze relatywnie niedawno tak to wyglądało. A przecież wtedy narzędzia i technologie, nad którymi Państwo pracowali, także były innowacyjne?

Tak, wszystkie prace doktorskie to były obliczenia wykonywane na komputerach. Na początku głównie tym się zajmowałem, a dodatkowo oczywiście pracą badawczą, budową i rozbudową klasyfikatora do rozpoznawania sygnałów radarowych.

Pierwsza konferencja rozpoznania z zagranicznymi uczestnikami odbyła się na okręcie rozpoznawczym. Tam był komputer, mierzono sygnały, zapisywano na taśmie perforowanej, sczytywano do komputera i w ten sposób otrzymywało się wynik – rozpoznanie, jakie radary tam pracują. Nasze prace rozwijają się od tamtego momentu wprost do najnowszych technologii.

I Pan jako naukowiec za tymi wszystkimi zmianami musi nadążać. A nawet nie tyle nadążać, ile je wyprzedzać. Rozwój technologii jest niezwykle dynamiczny, a naukowiec wykonuje tę pracę w znacznie większym zakresie niż przeciętny użytkownik technologii. Jak naukowcy dbają o to, by być cały czas na bieżąco?

To faktycznie bywa trudne. Ścieżka naukowa wymaga pracowitości, sumienności, systematyczności i czegoś, co określiłbym mianem „chęci poznania”. Trzeba śledzić, co się dzieje wokół, co się dzieje w literaturze. Trzeba coś napisać, coś opublikować. Aby opublikować, trzeba poznać opinię recenzentów, którzy się na tym znają. To po prostu wymusza aktywność.

Na wszystkich konferencjach, w których brałem udział albo które organizowaliśmy, przedstawia się rzeczy nowe. Wymaga to nieustannego poszukiwania nowych rozwiązań. Gdy do czegoś dojdziemy, to za chwilę mamy nowe rzeczy. Systemy bezzałogowe, sztuczna inteligencja, coraz szybsze wdrożenia coraz to nowych pomysłów. Komputery zwiększają nasze możliwości – kiedyś pewne rozwiązania uruchamiało się miesiącami, teraz często to kwestia kilku dni.

Gdyby nie Państwa praca, to zmiany nie byłyby możliwe – zarówno inicjują Państwo zmiany, jak i muszą za nimi nadążać. Jakie cechy powinien mieć człowiek, aby z sukcesem realizować naukową ścieżkę. Co go powinno wyróżniać?

Staranność, chęć nauki, poznawania i wewnętrzna mobilizacja, że coś trzeba zrobić, że trzeba być trochę z przodu. Kiedyś byłem opiekunem grupy na kursie prowadzonym przez Amerykanów. Padły tam słowa, które zapamiętałem i którymi sam się kieruję: Nie oglądaj się za siebie, bo na Ciebie nie poczekają. Czyli trzeba po prostu zawsze iść do przodu. Jeżeli ktoś chce coś osiągnąć, to musi dać z siebie więcej.

A co obecnie jest najważniejsze w Pana opinii w rozwoju nauki i technologii?

Przede wszystkim finansowanie. Bez finansowania nic nie zrobimy. Aby cokolwiek zbudować, potrzebne są elementy, oprogramowanie, które należy kupić. Także konferencje wymagają opłat, a to na tych spotkaniach pokazujemy wyniki naszych działań, rozwijamy się i dzięki konferencjom możemy zainteresować efektami naszych prac i dotrzeć do szerszego grona. Zatem wszystkie te obszary muszą być sprzężone. Bez tego nie da się ruszyć do przodu.

Czy warto być naukowcem?

W tej chwili naukowcy mają spore możliwości – można zwiedzić świat, nawiązać kontakty. Każda dziedzina ma oczywiście swoje mocniejsze i słabsze strony. Przeżywamy sporo stresu – trzeba coś napisać, poddać opinii recenzentów, coś wygłosić, odpowiedzieć na różne, często bardzo trudne pytania. Dla wielu osób może to być stresujące.

Ja właśnie dzięki karierze naukowej doszedłem tu, gdzie jestem. Otrzymałem stopień pułkownika, odznaczenia Prezydenta RP, wiele innych odznaczeń, teraz tytuł „Srebrnego Inżyniera”.

Zwiedziłem różne miejsca, między innymi Stany Zjednoczone, miałem okazję poznania największej bazy morskiej w Norfolk, zwiedzenia lotniskowca, uczestniczenia w spotkaniach w dowództwie NATO w Neapolu, w agencjach EDA w Brukseli i NC3A w Hadze. Dzięki podróżowaniu zdobywałem kolejne informacje, które następnie dodawałem do swoich wykładów. Jeszcze przed wstąpieniem Polski do NATO byłem na kursie walki radioelektronicznej w Anglii jako jedyny oficer z Polski. Z tych wszystkich doświadczeń skorzystałem nie tylko ja, lecz także moi dyplomanci i koledzy.

Przez 6 lat uczestniczył Pan w pracach NATO-wskiej grupy doradczej NEDBAG. Jak to się zaczęło?

Po wstąpieniu do NATO każde państwo jest zobo

wiązane uczestniczyć w takich panelach. Poproszono mnie, abym wziął udział w takim spotkaniu – tu kluczowe były moje wcześniejsze doświadczenia i współprace. Pierwsze spotkanie w Norwegii dotyczyło baz danych emiterów. Po kilku miesiącach zaproszono grupę 6 oficerów z Polski, w tym mnie, do Stanów Zjednoczonych. Tam mieliśmy szkolenie i włączono nas do NATO-wskiej Grupy Doradczej Bazy Danych Emiterów NEDBAG. Regularnie mieliśmy spotkania w różnych miejscach w Europie, dzięki czemu byłem na bieżąco ze wszystkim, co dotyczyło radarów.

Podsumowując, jeden wyjazd sprawił, że otrzymałem zaproszenia na kolejne. Dzięki temu, że gdzieś tam się pokazałem, potem miałem okazję pojechać w różne miejsca, coś pokazać, przedstawić i w ten sposób rozwijała się moja wiedza. To pokazuje, że każdy nasz ruch napędza kolejne.

Podsumowując, można powiedzieć, jeśli mielibyśmy coś radzić ludziom, którzy dopiero zaczynają, że warto być pracowitym i aktywnym.

I trzeba być jeszcze sumiennym – wykonywać zadania na czas i na dobrym poziomie, starannie i dokładnie. Naszą rzeczą jest pracować dobrze, a rzeczą innych właściwie to ocenić. Ja zostałem właściwie oceniony – te stopnie, które mogłem uzyskać, uzyskałem. Uzyskałem także odznaczenia, m.in. od Prezydenta RP. Jestem z tego bardzo dumny – to już zostanie do końca życia.

Gratuluję tak ogromnego wyróżnienia. Jakie cechy na pewno się nie sprawdzą w pracy naukowca? Czy jest coś, co może zdyskwalifikować?

Trzeba się zdecydować, czy skoncentrujemy się na badaniach, czy na zarabianiu pieniędzy. Jeśli ktoś się zaangażuje w prace typowo konstrukcyjne, programistyczne, to ciężko będzie mu przygotować wartościowe i nowatorskie publikacje. W przypadku takiej ścieżki zawodowej na pewno można oczekiwać gratyfikacji finansowych, ale rozwój naukowy wymaga publikacji wysoko punktowanych. Może to być trudne do pogodzenia. Trzeba to w pewnym momencie odpowiednio wyważyć. Nie da się pójść w obu tych kierunkach jednocześnie. Nauka wymaga jednak poświęcenia się.

Ma Pan za sobą kilkanaście tysięcy przepracowanych godzin dydaktycznych. Uczenie innych i przekazywanie wiedzy jest niełatwym zadaniem. Jak wyglądały początki kariery dydaktycznej?

Zabezpieczenie materiałowo-techniczne to pierwszy przedmiot, który wykładałem. Bardzo to lubiłem, opracowałem dwa skrypty i zbiór zadań. Wciągało mnie to.

Przygotowanie przedmiotów to dużo pracy – przez te wszystkie lata wykładałem 60 przedmiotów, do których samodzielnie opracowywałem materiały. Teraz pod różnymi względami jest łatwiej, między innymi właśnie dzięki szybkim komputerom.

Wykładał Pan w wielu grupach – czy liderzy, których dostrzega Pan podczas zajęć, wiążą się z uczelnią?

Miałem takiego dyplomanta. Zgłosił się do mnie na drugim roku, pisał pracę magisterską z sieci neuronowych. Gdy skierowano go do jednostki poza Warszawą, cały czas utrzymywał ze mną kontakt, przygotowywaliśmy publikacje. Wrócił i pracuje w Instytucie.

Jeżeli ktoś myśli o karierze naukowej, np. tu w WAT, to powinien się wykazać już w czasie studiów. Warto brać udział w konferencjach dla studentów, przygotowywać publikacje naukowe i być aktywnym.

A co powiedziałby Pan osobom, które

jeszcze nie wybrały uczelni. Dlaczego warto studiować w Akademii?

Byłem nawet na takiej prezentacji w mojej szkole średniej. Zorganizowaliśmy spotkanie, pojechałem, zostawiłem materiały promocyjne, opowiedziałem o tych możliwościach, jakie daje studentom Wojskowa Akademia Techniczna. To nie tylko wiele ciekawych ścieżek studiów, ale i możliwość rozwijania się w wielu kierunkach – intelektualnie, fizycznie dzięki uprawianiu sportu. Spora grupa osób jest zainteresowana wojskiem. W Akademii otrzymuje się wynagrodzenie, są urlopy, nie brakuje miejsc pracy. Jeżeli ktoś się dobrze uczy, może również wyjechać za granicę na wymianę studencką. Zachęcam – wojsko daje pewne gwarancje, m.in. emeryturę, gwarancję socjalną. Oczywiście jest to praca wymagająca, ale i przynosząca satysfakcję.

Akademia ma bogatą ofertę także dla studentów cywilnych. Dlaczego warto studiować w WAT?

W zasadzie wszyscy absolwenci mają zapewnioną pracę, są rozchwytywani przez różne firmy i instytucje. Możliwości są spore, nawet jeśli chodzi o karierę poza Polską. Jeden z moich dyplomantów pracuje w Londynie, inny odezwał się z Kanady. To tylko kwestia aktywności i zainteresowania.

Pamięta Pan sytuację z ostatnich 56 lat, którą zdefiniowałby Pan jako trudną?

Wyjazd na kurs do Anglii. To było pewnego rodzaju wyzwanie. Na studiach miałem tylko 3 semestry języka angielskiego. Aby uczestniczyć w takim kursie, uczyłem się we własnym zakresie. Pierwszy sukces – zdane egzaminy!

Kolejne wyzwanie stanowił dojazd do małej miejscowości Blandford w głębi Anglii – kiedyś nie było to takie proste. Z glejtem Jej Królewskiej Mości udało mi się przejść kontrolę wjazdową na lotnisku Heathrow w Londynie. Tam poruszałem się metrem – aby kupić bilet, korzystało się z automatów, których u nas jeszcze nie było. Gdy przyjechałem na dworzec Waterloo ze słynnymi licznymi peronami – awaria systemu komputerowego… Dzięki znajomości języka i otwartości takie drobne przeszkody nie stanowiły dla mnie problemu, ale cała ta sytuacja wymagała i wcześniejszej pracy nad nauką języka, i samodzielności w innym pod wieloma względami kraju.

Ten wyjazd był pewnym wyzwaniem, ale zaprocentował i wiedzą, i kolejnymi możliwościami.

Czyli ważna jest samodzielność, ale też duży wkład własny, skoro był Pan po kilku semestrach angielskiego…

Tak. Ja zauważałem, że warto się zmieniać, warto się uczyć, dostrzegałem wartość języka angielskiego. Zdałem egzaminy STANAG, czytałem dużo literatury, ponieważ nasza praca wymagała studiowania książek z dziedziny rozpoznawania obrazów w języku angielskim.

Dobry język angielski przydaje się choćby po to, aby szybko przeczytać artykuł z naszej dziedziny lub napisać tekst techniczny. Gdybym nie nauczył się języka angielskiego, to niczego bym w życiu nie zrobił. Angielski był mi potrzebny do doktoratu, umożliwił mi wyjazdy zagraniczne, choćby do Brukseli, gdzie byłem kilka razy na ocenie projektów.

Co z kolei jest w Pana opinii najistotniejsze dla rozwoju naukowego? Pan jako naukowiec z tak imponującym dorobkiem i uczestniczący w ogromnym postępie technologicznym z pewnością mógłby coś doradzić wszystkim, którzy zadają sobie to pytanie?

Po pierwsze, powinni znaleźć dziedzinę, która by ich zainteresowała i która byłaby w miarę nowoczesna. Warto także znaleźć osobę czy grupę, z którą będzie się współpracować. Lidera, który zachęci do działania, z którym będzie można opracowywać pewne zagadnienia, tematy. Jedni lepsi są w jednej dziedzinie, inni w drugiej, dlatego współpraca sprawia, że projekty szybciej się rozwijają, co oczywiście przekłada się na szybszy rozwój naukowy. Samodzielnie często nie osiąga się pewnych rzeczy tak szybko, trudniej osiągnąć od razu wyższy poziom. Nawet jeśli ktoś jest bardzo zdolny.

Czyli znaleźć grupę badawczą i mentora?

Tak, stworzyć kolektyw. W tej chwili widać ten trend na całym świecie. Większość publikacji to efekt prac 3–4 osób. I rzeczywiście są to publikacje na wysokim poziomie. Opis słowny, zebrane rysunki, obliczenia, tabele, przegląd literatury – tutaj warto połączyć siły. Każdy z nas ma sporo obowiązków, a dzięki wspólnemu działaniu łatwiej osiągnąć więcej w krótszym czasie.

Jeżeli współpraca będzie wzajemna, starannie podejdziemy do swoich zadań, będziemy mieli w sobie chęć zaprezentowania efektów swojej pracy, to z pewnością zostaniemy zauważeni. Świat chętnie przyjmuje rzeczy, które są ciekawe, nowe. Prace w zakresie radarów i zakłóceń chętnie są publikowane na Zachodzie, prezentowane na konferencjach. Choć wydaje się, że wszystko jest już zrobione, to i w tym obszarze można znaleźć sobie ciekawą dziedzinę. W tej chwili pojawiają się coraz to nowsze metody rozpoznawania obrazów, z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, w tym bardzo złożonych struktur sztucznych sieci neuronowych.

A jeżeli ktoś chciałby znaleźć grupę badawczą i mentora, to w jaki sposób powinien to zrobić? Jak i gdzie działać?

Powinien zacząć jeszcze podczas studiów. Już wybór pracy dyplomowej powinien go ukształtować. Zawsze pytam studentów, czym się interesują, w czym czują się mocni, czy wybrany temat będzie im odpowiadał. Jeżeli nie, radzę, aby poszukali czegoś innego. Czyli już na trzecim roku student powinien być świadomy, co chce w życiu osiągnąć.

A jeśli jest świadomy, to jak dać się zauważyć?

Działać! Mamy konferencje dla młodych naukowców. Mamy warsztaty, pracownie, w których można montować układy. Studenci konstruują roboty. Dysponujemy drukarką 3D. Trzeba chcieć zrobić coś ponad program, dać się poznać z dobrej strony. To będzie procentowało. Jeżeli ktoś chce podążyć ścieżką nauki, to ta droga jest otwarta. Każdy chętnie przyjmie taką osobę – chętnie pomożemy. Młodzi ludzie mogą to wykorzystać. Ponadto zawsze mówię, że taką przepustkę, która może zwiększyć szanse, stanowią 2–3 publikacje. To już jest jakiś dorobek. I ludzie działają w ten sposób.

Czy lepiej, gdy przy tworzeniu publikacji w grupie naukowej są osoby o bardzo podobnych kompetencjach i mocnych stronach, czy lepiej, jeśli zespoły są zróżnicowane?

Warto wykorzystywać różne umiejętności – jeden

z nas jest lepszy w programowaniu, inny sumiennie dokona przeglądu literatury, co też jest istotne.

Czyli jeśli grupa jest zróżnicowana…

…można osiągać cele szybciej! Dlatego warto działać w 2–3-osobowych zespołach.

Podsumowując – naukowiec powinien być wytrwały i otwarty – na wiedzę, na nowe umiejętności.

I udoskonalać się. Pod każdym względem.

Z czego jest Pan najbardziej dumny po tych 50 latach?

Z odznaczenia od Prezydenta RP za osiągnięcia. To uhonorowanie mojej wieloletniej pracy.

A co jest dla Pana ważne?

Satysfakcja, że coś się udaje zrobić, mimo dużego wysiłku. Po pewnym czasie widać efekt – przybywa osiągnięć, publikacji, godzin dydaktycznych, pojawiają się dobre opinie studentów i dyplomantów.

Mam w sobie to zacięcie – że chcę coś opublikować, chcę coś napisać, zrobić coś nowego, nie zostać w tyle. Gdy rosły wymagania, ja również podnosiłem poprzeczkę. Kolejne konferencje, kolejne publikacje, kolejne wyzwania – żeby nie odpaść, trzeba się dopasować. To wymaga czasu. Ostatnie dwie publikacje, z których jedną przygotowałem ze współpracownikiem, a drugą z moim byłym dyplomantem, wymagały od nas sporo pracy. Moją pierwszą pracę po skończeniu studiów, która była związana z lokalizacją radarów, także zamknąłem publikacją, w której pokazałem i wzory, i badania numeryczne.

Aby zorganizować konferencję, zebrać sponsorów, publikować w zagranicznych czasopismach, trzeba poświęcić dużo czasu prywatnego.

Ale warto?

Warto.

Zatem praca powinna być naszą pasją.

Pasja, zacięcie, ambicja muszą być! Bo inaczej zos

tanie się w tyle.

Czyli działać!

I nie poddawać się! Próbować. Gdy ktoś będzie aktywny, zostanie zauważony. Potrzeba takich ludzi. Jeżeli robi się coś sumiennie, na czas, to procentuje.

Doskonałe motto dla wszystkich! Dziękuję za rozmowę.

Dominika Naruszko